Żyć muzyką nie umrzeć z głodu

Jak wygląda casting do Szkoły Piosenki Elżbiety Zapendowskiej i Andrzeja Głowackiego

Moje wrażenia z castingu do najbardziej pożądanej Szkoły Piosenki w Polsce. Czy warto? Czy łatwo się dostać? Czy się nadajesz? Czy masz na to pieniądze i czas?

Pod koniec stycznia odpuściłam sobie opcję pt. “wyjadę na kontrakt”.
To może poczekać, ale ten związek tym razem nie. Dla niego przeprowadziłam się do tak bardzo znienawidzonej przeze mnie Warszawy. Pocieszałam się tylko tym, że to stan tymczasowy. Zaczęłam szukać ‘normalnej’ pracy, co wprawiało mnie w maniakalno-depresyjny nastrój, który w połączeniu z miejską, wilgotną aurą zwiastował koniec ery ‘brania z życia tego co najlepsze’. (Żeby było jasne, takie stany wywołuje we mnie Warszawa, a nie mój związek).
Scrollując fejsa (co jeszcze bardziej wzmacniało poczucie warszawskiego dodupizmu i chandry), zobaczyłam post znajomej, w którym udostępniła ona wydarzenie:

Casting do Szkoły Piosenki Elżbiety Zapendowskiej i Andrzeja Głowackiego.

Być może i zignorowałabym ten post, gdybym przeczytała go nie mieszkając w Warszawie.
No ale mieszkałam…

Iść czy nie iść?

Wiem, że stosowanie się do tej mojej zasady pod tytułem:

Lepiej żałować rzeczy, które się zrobiło niż tych, których się nie zrobiło.”

…w którymś momencie wykończy mnie psychicznie i fizycznie. Do tego jeszcze motywował mnie mój Luby, który miał rację mówiąc, że jeśli przejdę się na ten casting, przynajmniej dostanę od nich jakiś feedback, zostanę przesłuchana przez profesjonalistów, a gdyby im się nie podobało, to przynajmniej powiedzą mi nad czym muszę popracować.
Takie pchanie się do paszczy lwa. To (nie)lubię!

Do ostatniej chwili wahałam się czy wyjść z domu.
Za pozostaniem w domu przemawiał:
– ciepły koc, kakao i książka
– paskudny mróz
– targanie się komunikacją miejską z Mokotowa na Żoliborz. Komunikacją miejską rozumiesz?! (Nie no żartuję. Jak się bardzo czegoś nie chce to byle powód się znajdzie.)
– niechęć do bycia ocenianą
Argumenty przeciw pozostaniu w domu to:
– resztki ambicji
– wolne popołudnie
– jednak ciekawość co by powiedzieli o tej Filiczkowskiej
– spokój w głowie, że jednak cały czas do przodu, że się nie poddaję,
– nic mnie to nie kosztuje.

Jakdojade.pl powiedziało mi, że dostanę się do szkoły trzema środkami transportu. Ruszyłam więc jak na wojnę gubiąc się już przy pierwszej przesiadce i stercząc w mrozie na jakimś podejrzanym przystanku.
Spóźniona 30 minut wysiadłam w końcu z tramwaju i ruszyłam, jak mi się wtedy wydawało, w stronę szkoły. Gdy zorientowałam się, że nie tędy droga, mój zegarek wskazywał już 45 minut spóźnienia, a moja złość sięgnęła zenitu. Już chciałam wsiąść w obojętnie jaki tramwaj i wrócić do domu, ale jakiś impuls kazał mi zostać.

Resztkami cierpliwości dotarłam do szkoły.
– Dzień dobry  – sapię do portiera – ja do Szkoły Piosenki Zapendowskiej.
– Dzień dobry – odpowiada porter – do jakiej szkoły? To jest liceum.
– W tym budynku jest też podobno Szkoła Piosenki
– No to może z drugiej strony ulicy?

Po kolejnym kilometrze w nogach i pełnych 60 minutach spóźnienia dotarłam pod tylne drzwi liceum, na ulicę Bitwy pod Rokitną, skąd pięknie, niemal na samą górę budynku prowadziły mnie już okraszone mikrofonem i słynnym nazwiskiej Zapendowskiej plakaty.
– Dzień dobry! – znowu sapię – czy to tutaj odbywa się casting?
– Tak – ktoś odpowiada – tutaj mamy kolejkę. Może masz ochotę się czegoś napić?
Jak miło.

Siadam na krześle pod samymi drzwiami. Słyszę wszystko co dzieje się w środku. Dwa męskie głosy i jeden żeński, przy czym ten żeński zaczyna śpiewać. Byłam pewna, że za tymi drzwiami śpiewa Kasia Popowska.Natychmiast wyciągam telefon i Shazamuję piosenkę. Mietek Szcześniak “Zaczekam” śpiewane cudownym kobiecym głosem.
I po co jej, do cholery, Szkoła Piosenki, skoro śpiewa jak marzenie?! – myślałam.

Skończyła śpiewać.
Dwa męskie głosy zaczęły komentować:
– Było dużo nieczystości, i trochę nierytmicznie, jest sporo rzeczy, nad którymi warto popracować.

Słucham?! Jeśli oni uważają, że dziewczyna śpiewa nieczysto i nierytmicznie to ja nie mam tu czego szukać.
Cała moja pewność siebie legła w gruzach, bo jak tu wyjść teraz na scenę po takim wykonaniu, a po drugie nie wiem czy jestem przygotowana psychicznie na to co powiedzą o mnie.
Drzwi otworzyły się, wyszedł z nich starszy Pan w okularach, z długą, baśniową brodą i w trampkach.
– Zostały już tylko 4 osoby? – zwrócił się nas już bardzo entuzjastycznie. – Wchodźcie dziewczyny, zrobimy Was na raz. Niestety Pani Eli Zapendowskiej dzisiaj nie ma, ale będziemy nagrywać wasze występy, więc ona również będzie miała okazję Was zobaczyć.

– Co nam możesz zaoferować?

W związku z tym, że w międzyczasie pogodziłam się już z tym, że nie mam tam czego szukać, totalnie przestałam się stresować. Byłam tam już tylko z pozycji obserwującego.

Casting rozpoczął się od pewnej starszej Pani, takiej grubo po 60tce.
– Nie wiem czy nie jestem za stara na tą szkołę – obawiała się kobieta.
– Proszę się nie martwić. Przyjmujemy osoby w każdym wieku, pod warunkiem, że mamy dobry materiał nad którym możemy pracować. – wytłumaczył jej Pan Andrzej. – W większości mamy młode osoby, ale są wśród nas i takie po 30stce, ale i w ostatnim semestrze uczęszczała do nas pewna pani po 50tce. No dobrze, to czym się Pani zajmuje na co dzień?
– Piszę własne utwory kabaretowe – zaczęła opowiadać kobieta, już nieco bardziej pewna siebie – dzięki nim miałam już okazję występować na różnych scenach.
– No to prosimy nam coś zaprezentować – zaprosił ją na miniaturową, ale w pełni wyposażoną scenę z mikrofonem, odsłuchem i pełnym oświetleniem, które nadzorował drugi pan.
Miała w sobie jakąś urokliwość, jej teksty były nawet zabawne. Ze swoim stylem bycia i wadą wymowy tworzyła całość. Materiał w sam raz do talent show.

Kolejne dwie dziewczyny, tym razem młodsze ode mnie. Totalnie zestresowane.
No i ja…
– Po co ci Szkoła Piosenki i co nam możesz zaoferować w zamian? – zapytał Pan Andrzej wesoło.
– W sumie to chyba nic nowego… – mówię – sama na co dzień też zajmuję się muzyką.
– A dlaczego chciałabyś chodzić do Szkoły Piosenki?
– Chciałabym wyplenić z głosu naleciałości, których mam mnóstwo od śpiewania po weselach. Poza tym, nigdy tak na serio nie uczyłam się śpiewać.
– To pokaż nam te weselne naleciałości.

Zaśpiewałam “Tańczące Eurydyki” Anny German, chociaż w planach miałam zaśpiewać coś zupełnie innego. Mam tak zawsze na castingach, że zmieniam piosenkę w ostatniej chwili i zawsze jestem na siebie o to wściekła.
Nie pamiętam co usłyszałam na temat tego jak śpiewałam (czyżby to jednak stres?).
– Dziękuję Wam bardzo za to, że przyszłyście. O tym, kto dostanie się do Szkoły Piosenki powiadomimy Was e-mailem. – pożegnał się z nami Pan Andrzej Głowacki.

Pamiętam za to, że wychodząc podziękowałam, że zechcieli mnie posłuchać i za to w jakiej formie przeprowadzony był casting.
Otóż:
1. Nie byłam numerkiem, ale Małgorzatą Filiczkowską z wypełnioną rubryką wieku, telefonem i adresem e-mail.
2. Miałam okazję zaśpiewać niemal całą piosenkę.
3. Słuchali mnie ludzi, którzy na muzyce się jednak znają.
4. Byli zainteresowani moją osobą.
5. Zostawili mi feedback (chociaż ze stresu to ja nie pamiętałam co powiedzieli).

Byłam pewna na 100%, że do tej szkoły się nie dostane, ale po raz pierwszy w życiu wracałam z castingu tak zadowolona. Miałam poczucie, że warto było przyjść chociażby po to, żeby zobaczyć jak powinien zostać przeprowadzony profesjonalny casting. Taki, po którym nie czujesz kaca moralnego, że przejechałaś pół Polski, straciłaś cały dzień czekając na swoją kolej, zostałaś wezwana numerkiem, a śpiewałaś całe 10 sekund.

To dostałam się, czy nie?

Do Szkoły Piosenki jednak się dostałam.
Skakałam z radości i tupałam nóżkami, a moje muzyczne ego wręcz eksplodowało, (pozwolę sobie zacytować klasyka: “Moja wewnętrzna bogini skakała z radości, a ja rozpadłam się na miliony kawałków”).

Teraz pozostała decyzja, czy rzeczywiście chcę rozpocząć tam naukę.
O tym, że wybieram się na casting wiedział tylko mój Luby. Zaczęłam obdzwaniać  znajomych i rodzinę, jednocześnie prosząc o radę czy powinnam się tam wybrać,
Było:
– No fajnie fajnie, ale strasznie drogo! Daj spokój! Nie szkoda Ci pieniędzy?!
Ale było też:
– Ale super! Masz rację. Warto.

Od razu przypomniałam sobie skąd pochodzę, z jakimi stanami umysłu mam do czynienia na co dzień i jak dobrze, że wyjechałam ze wsi. To było widać jak na dłoni.

750 zł za miesiąc, lekcje 3 razy w tygodniu z 4 niezależnymi nauczycielami. W tym muzycznym świecie nauczycielami znanymi i cenionymi. Indywidualne podejście do każdego ucznia.

Oczywiście, że się zdecydowałam!
Postanowiłam, że praca może jeszcze zaczekać. Jeśli nie wyjechałam na kontrakt to chociaż podszkolę warsztat. Nie wierzę w przypadki i zawsze łapię okazje. Szczególnie te muzyczne. Poza tym chciałam zrobić użytek z tego, że już muszę siedzieć w tej Warszawie. W innym przypadku nie miałabym przecież takiej możliwości.
Warszawo, jednak na coś się przydajesz…


Jeśli zastanawiacie się nad pójściem na casting do Szkoły Piosenki, zdecydowanie Was namawiam! Chociażby po to, żeby otrzymać feedback, czy warto kształcić się w tym zakresie. Pierwsze castingi odbywają się już w przyszłym tygodniu.
O tym jak wygląda nauka w niej napisze osobny post.
Gdybyście mieli jakieś pytania to zapraszam!
Piszcie na adres: gosia@fililogia.pl

Poniżej więcej szczegółów dotyczących Castingu:

Jeśli podobał Ci się mój tekst, bardzo się cieszę! A bedę skakać z radości i tupać nóżkami, jeśli polubisz lub udostępnisz go na Facebooku 🙂
Facebook
Pinterest
Pinterest

You Might Also Like