Życie pozadomowe

Dom po włosku

Cytrynki

Przelatujemy nad samym Rzymem. Z okien samolotu widzimy Colosseum, stadion, równe domki. Do morza tak blisko. Do pasa do lądowania tak daleko…

Lądowanie nad Ciampino? Nie, dziękuję.

Schodzimy coraz niżej. Zbliżamy się do tych małych domków. Zaraz musi się skądś wyłonić – myślę, chociaż już niemalże mogę ludziom zaglądać przez okna.
Schodzimy niżej. Pola. Kiedy już wydawało mi się zaraz wylądujemy na tej łączce, znowu przelatywaliśmy nad domami.

Ale siara. Na blogu piszę jak cudownie jest latać, a sama zaraz zginę w katastrofie lotniczej. Pani w fotelu za mną już prawie płacze.

– Fabio! Patrz jak pięknie! Co to za góry? – pytam trochę głośniej, z wymuszonym entuzjazmem, żeby Panią troszkę pozytywną energią uspokoić.
– Apeniny.
Miotające się w górę i w dół skrzydła samolotu nie pomagały mi uspokoić biednej Pani.
Poczułam się jak w filmie „Sally”. Tym w którym Tom Hanks ląduje awaryjnie na rzece Boston.
Minęliśmy domy. Dobra. Chyba przeżyjemy lądowanie na tym polu. To chyba lepsze niż skoszenie domów.

Po włosku

Colosseum z samolotu

Colosseum z samolotu

I kiedy już zamykając oczy ściskałam mocniej rękę Fabiosława, pojawił się pas, a my dotknęliśmy go pół sekundy później.

– To było moje najgorsze lądowanie – powiedział Fabio. – Pierwszy raz nie wiedziałem czy w ogóle wyląduję.

– Czyli nie tylko ja żegnałam się już z życiem?

Z lotniska odebrali nas rodzice Fabia i już poczułam, że jestem w domu.

Aperitif, homo-Włoch i tatusiowie

Wieczorem poszliśmy na ‘Aperitif’ do jednego z barów. Tych aperitiwów do tej pory nie jestem w stanie pojąć. W Polsce spotykamy się w restauracjach, żeby potem ewentualnie zmienić lokal i pójść na drinka do baru lub klubu.

A najczęściej po prostu do baru lub klubu.

Aperitif to takie spotkanie, na którym się je i pije zanim będzie się …jadło i piło.

– Dlaczego chodźcie do jednego miejsca potem drugiego? – pytam Mauro.
– Bo wszyscy muszą zarabiać. – odpowiedział.
– Fabio, możesz mi to wytłumaczyć?
– Italians do it better. – wytłumaczył Fabio. – Włosi robią to lepiej.

Tyle się dowiedziałam.

– Jakie największe różnice między Polską a Włochami widzicie na co dzień? – znów pytam chłopaków, którzy łącznie z Erasmusem, już prawie rok mieszkają w Polsce.
– Polacy na randki chodzą z kwiatami – powiedział Fabio.
– A Włosi nie? – pytam.
– Bardzo rzadko. My nadrabiamy czym innym.
– Macie w Polsce drogie dezodoranty – włączył się Mauro. – Wiele kosmetyków macie tańszych, ale dezodoranty są 2, nawet 3 razy droższe niż we Włoszech.
– Mój kolega z pracy, Pierluigi, opowiadał, że jego współlokator-Polak przez pół roku był pewny, że mieszka z gejem   – dorzucił na koniec Fabio – tylko dlatego, że Pierluigi używał suszarki do włosów.
– Co się dziwisz? – zapytałam. – W Polsce młody facet albo goli się na łyso, albo chodzi w czapce. Ewentualnie użyje grzebienia po każdym myciu, bo wszelkie przejawy dbania o  siebie są ucinane homo- i metro- docinkami. Polak docenia posiadanie włosów dopiero tak w okolicach kryzysu wieku średniego, kiedy okres świetności ma już za sobą.
– A tobie co się rzuciło w oczy? – zapytał Mauro.
– Mężczyźni zajmują się tutaj dziećmi, biegają za nimi, chodzą z wózkami. Na ulicach miasta widać  całe rodziny. Nie tylko matki z dziećmi.

To było jedno z moich ostatnich spostrzeżeń tutaj we Włoszech. Będę drążyć temat, bo bardzo mi się podoba ta teoria.

Dom w Viterbo

Uwielbiam to miasto. Jest tu 60 tysięcy mieszkańców. Mniej niż Jelenia Góra, ale za każdym razem jak tu przyjeżdżam, coś się dzieje.

Tylko Włosi słońca nie doceniają.
Jestem tu od 3 dni i do domu wchodzę tylko na karmienie i spanie, bo trzeba korzystać z ładnej pogody. Tak jestem nauczona. Na Fabio słońce nie robi wrażenia, bo mu ono świeci przez większość dni w roku.
W niedzielę było 25 stopni. W Polsce modlimy się o taką pogodę, a rodzice Fabio narzekają, że im zimno.

Cytrynki

Potrafią za to docenić inną kwestię – swój wysiłek.  Korzystają z owoców swojej pracy. Mają przepiękny duży ogród, ale nie siedzą i nie grzebią całymi dniami przy rabatkach narzekając, że jest tyle przy tym pracy i nie mają czasu na nic innego. Jacuzzi nie jest tylko ozdobą w ogrodzie, którą się oszczędza, żeby nie wybrudzić lub nie zużyć zbyt dużo prądu.

Nie twierdzę, że zadbany dom i ogród nie wymaga pracy. Biorąc pod uwagę dbałość o szczegóły i włożony wysiłek (mama Fabio wszystkie ozdoby wykonuje własnoręcznie), pewnie ciężko by zliczyć ilość godzin, jakie na to poświęciła.

Dom po włosku

Pewnie uważałabym to za oczywiste i nie pisałabym o tym, gdyby nie szczególna atmosfera, którą ten ogród emanuje, a dom jest przepełniony. Tu wszystko jest tworzone z miłością, tutaj wszyscy zwracają się do siebie z szacunkiem i życzliwością. Po 26 latach małżeństwa ojciec Fabia nadal przynosi mamie kawę do łóżka, a po obiedzie, kiedy udaje się spowrotem do pracy,  mama odprowadza go za rękę do samochodu.

– To jest niesamowite – mówię o tym Fabio
– To jest dla mnie normalne – ten  się śmieje.
– Uwierz mi, to nawet normalne nie jest. Jesteś szczęściarzem. Pamiętaj o tym.
– To za co pijemy?
– Za ten moment, żebyśmy nie zapomnieli do czego mamy dążyć.

Cheers for deals

Gosia i Fabio

Polecam,

Gosia Filiczkowska

Jeśli podobał Ci się mój tekst, bardzo się cieszę! A bedę skakać z radości i tupać nóżkami, jeśli polubisz lub udostępnisz go na Facebooku 🙂
Facebook
Pinterest
Pinterest

You Might Also Like