Żyć muzyką nie umrzeć z głodu

Julio Pietrucho, jestem dumna, że jesteś Polką

Kilka słów o tym jak płakałam na koncercie Julii Pietruchy.

Aktoreczka

Julię Pietruchę zawsze kojarzyłam z wizerunkiem długowłosej, ładnej, ale posągowej dziewczyny, wręcz nierzeczywistej poprzez spokój i skromność jakimi emanowała.
Nigdy nie byłam jej fanką.

Aż tu pewnego ranka, jedząc owsiankę włączam Dzień Dobry TVN, a tam stoi ona i chyba ma zamiar śpiewać.

„Eh, to się nie uda. Kolejna aktoreczka, która chce się przekwalifikować” – myślałam. Ale zaśpiewała i się zdziwiłam – dziewczyna potrafi śpiewać. A piosenka jaka ładna!
Jej występ natomiast nie ujął mnie tak, żebym chciała drążyć na temat jej twórczości.
W internetach za to coraz częściej zaczęły pojawiały się opinie o ‘przyjemnej dla ucha’ płycie Julii.

Pewnego dnia w pociągu relacji Jelenia Góra – Warszawa, kiedy wydawało mi się, że przesłuchałam już wszystkie piosenki na Spotify, włączyłam sobie „Parsley” Julki.

I odpłynęłam.

Płytę otwiera morza szum i ptaków śpiew (nie, nie ten od Czerwonych Gitar). I jakkolwiek infantylnie by to nie brzmiało, czy tego chcemy czy nie, przenosimy się na tę plażę, na wyspę, o której Julia swoim jedwabnym głosem z perfekcyjnym angielskim śpiewa, przygrywając na ukulele.  Folkowe brzmienia, które przeplatają się na płycie urozmaicają i ukazują wielostronność wokalistki.

Już nie ma biletów!

Rozpaczałam, kiedy okazało się, że nie załapałam się na bilety na koncert w Warszawie, które zresztą rozeszły się jak świeże bułeczki. Brałam nawet pod uwagę wybranie się na ten koncert do innego miasta.

Jakież było moje szczęście, kiedy udało mi się odkupić te bilety w ostatniej chwili (Facebook czasem się przydaje).

Pierwsze co zauważyłam – publiczność stanowił cały przekrój społeczeństwa od rodziców z dziećmi po młodzież (tą w trampach i dresikach też) po osoby w podeszłym wieku. Julka stworzyła muzykę dla wszystkich, a nie jest to łatwa sztuka. Nie wiem czy taki miała zamiar, ale to jej się udało.

Później zauważyłam na scenie kontrabas i już wiedziałam, że będzie pięknie. Kontrabas nawet kiedy nie gra wygląda pięknie, więc to nie mogło się nie udać.

Dziewczyna ma w składzie genialnych muzyków, którzy czują klimat. Są uroczy, a ich anegdotki bawiły widownię. Taki skład to prawdziwy skarb. Był to mój pierwszy koncert w życiu, kiedy zwracałam uwagę nie tylko wokalistę, ale na każdego muzyka z osobna. Na to co grają, jak grają, jak wyglądają, jak się zachowują. Nie dlatego, że Julii brakowało na scenie charyzmy trzymającej uwagę widza #bożebroń. Po prostu  akustyk reżyser dźwięku sprawił, że po raz pierwszy słyszałam każdy instrument z osobna. Żaden dźwięk się nie zgubił, chociaż siedziałam z boku.

Do tego bardzo przemyślana gra świateł, scenografia stworzona przez liczne instrumenty i oprócz wrażeń słuchowych mamy też piękny obrazek + Julia Pietrucha i jej 179 cm wzrostu ubrane w długą kwiecistą suknię. Prezentowała się jak bogini.

Julia Pietrucha udowadnia, że warto podróżować. To, że “Parsley” jest takim wartościowym albumem, jest naturalną konsekwencją jej podróży, jakie odbyła po Azji. To, co zyskała i czego nauczyła się dzięki nim przełożyła na muzykę, a to w konsekwencji musiało się udać.

Pod jednym z komentarzy na youtubie ktoś skomentował jej płytę tymi słowami: “Jestem dumna, że jesteś Polką”. Trudno o lepszy komplement dla artysty.

A dlaczego płakałam?

Zawsze płaczę jak jestem bardzo szczęśliwa. Bardziej niż smutek i tragedie, wzrusza mnie radość własna, czyjaś, obojętnie. To pozytywna energia trafia w moje najczulsze punkty, a Julia Pietrucha wycelowała w ich sam środek.


O koncercie Coldplay można poczytać tutaj

Jeśli podobał Ci się mój tekst, bardzo się cieszę! A bedę skakać z radości i tupać nóżkami, jeśli polubisz lub udostępnisz go na Facebooku 🙂
Facebook
Pinterest
Pinterest

You Might Also Like