Nic co ślubne nie jest mi obce

Lubię katolickie wesela

Ogromna sala przystrojona w jasnoróżowe dodatki. Fontanna z czekoladą, truskawki, ciasteczka, cukierki i żelki w osobnych słoiczkach z obowiązkową kokardą. Słodko i uroczo do granic wytrzymałości.

– Ilu tu będzie gości? – pytam Maćka.
– 120 osób –  mówi.

Duże wesele. To zobowiązuje. Pannę Młodą od razu wyobraziłam sobie jako ogromną, jasnoróżową bezę.

Przybyła natomiast prześliczna dziewczyna, w prostej sukience z lejącego ‘poruszającego się’ materiału. Koronkowa góra bez rękawków zakrywała prześwitujący dekolt wycięty w serduszko. Fryzura upięta w luźny kok z wypuszczonymi naturalnie pasmami włosów, do tego kolorowe kwiaty i nienachalny długi welon. Słowo ‘skromny’ w najlepszym swoim znaczeniu miałoby jej postać. Choć początkowo wydawało mi się, że sukienka jest być może zbyt skromna jak na tak duże wesele (trochę gubiła się w tłumie wśród innych długich sukien gości), z bliska robiła oszołamiające wrażenie. Piękna w swej prostocie.
Napompowana różowa beza, jakiej się spodziewałam to ostatnie co można było o niej powiedzieć.

Trochę inne klimaty

Młodzi podeszli się przywitać.

– I jak tam? Już po tym największym stresie, co? – zagadał do nich Maciej, mój band lider.

– Nie, my się w ogóle nie stresowaliśmy – odpowiedzieli, ale po chwili dodali – tylko ten pierwszy taniec… (o tym co myślę o układach tanecznych do pierwszego tańca  może poczytaj tutaj)

– Spokojnie, przy drugim weselu będzie już łatwiej – Maciej sypnął żartem w swoim stylu.

Wróciliśmy do stolika kończyć kotleta.

– Ale wtopa z tym żartem, co? – pyta Maciek po chwili.

– Czemu? – pytam.

– W ogóle się nie zaśmiali, nie skomentowali.

– Naprawdę? Nawet nie zauważyłam. Nie przejmuj się. Gramy w mieście katedralnym, na sali jest trzech księży. To katolickie wesele. Inne klimaty.

Pan Młody jako wróżka-księżniczka

Chociaż ich układ taneczny nie był zbyt skomplikowany, pełno tam było wybuchających serpentyn, baniek mydlanych, sztucznego dymu. Faktycznie mieli się czym stresować – ogromne przedsięwzięcie i mnóstwo zaangażowanych w to osób. Efekt był imponujący to fakt, ale jedyne co mnie raziło to Pan Młody, który biegał w kółku przeskakując z nogi na nogę, puszczając przy tym bańki mydlane. W takiej aranżacji dobrze może wyglądać co najwyżej 8-letnia dziewczynka. Panna Młoda też jakoś ujdzie, ale Pan Młody wyglądał przy tym już bardzo niemęsko (gdybym była facetem nie dałabym się wmanewrować w coś takiego, nieważne jak bardzo kochałabym swoją żonę).

Na szczęście potem było już tylko lepiej.

Podziękowanie dla rodziców, czyli jednak się da

Bardzo mnie urzekł moment podziękowania dla rodziców.

Zazwyczaj młodzi:

  1. Nagrywają filmik przed i puszczają go podczas wesela. Później tylko szybko prezenty i „Cudownych Rodziców mam”
  2. Czytają z wymiętej kartki życzenia, albo wierszyki -> prezenty ->  „Cudownych Rodziców mam”
  3. Mówią: Dziękujemy za trud wychowania / Dziękujemy za wszystko / Dziękujemy za to, że z nami wytrzymaliście (niepotrzebne skreślić) -> prezenty -> „Cudownych Rodziców mam”

Tej ostatniej opcji szczególnie nie polecam (no chyba, że rodzicom nieszczególnie się należy)

Tym razem nie było żadnych wierszyków, wymiętolonych kartek, nadęcia i wymuszonych wzruszeń.

Młodzi dziękowali rodzicom w inny sposób. Nawiązywali do błogosławieństwa przed ślubem danym przez rodziców, mówili rodzicom, że nie tracą córki/syna, ale zyskują kolejne dziecko, że oni jako młodzi nie tracą rodziców wychodząc z domu rodzinnego, ale zyskują nowych.

Na koniec podziękowań Pan Młody zaprosił wszystkich na zewnątrz mówiąc, że w związku z tą radością, jakiej tego dnia doświadczyli, jacy są szczęśliwi, chcą wypuścić światełko do nieba, aby inni ludzie, którzy być może stoją teraz w oknach, lub patrzą teraz w niebo i również są szczęśliwi tak jak my teraz, mogli dzielić się z nami tą radością.

Nie były to lampiony. Były to kolorowe, świecące od środka balony. Efekt był piękny.

Młodzi na pewno należeli do jakiejś katolickiej wspólnoty. Zażyczyli sobie taniec belgijski, który w tych kręgach jest bardzo znany. Nawet kroków nie trzeba było ich uczyć. Koniec końcem taniec belgijski był u nas grany w sumie 6 razy.

Być może goście nie reagowali na nasze żarty, być może Panna Młoda wyglądała skromnie, a Pan Młody niemęsko, ale goście bawili się cały czas. O 4:00 nad ranem mieliśmy na parkiecie prawie komplet gości. Widać też było, że Młodzi cieszą się tym ślubem. Właśnie za to lubię katolickie wesela: zabawa przez cały czas, pełna kulturka, organizacja 100%, ale bez żadnej spiny i na luzie.

Bo wesele jest po to, żeby się nim cieszyć.

Jeśli podobał Ci się mój tekst, bardzo się cieszę! A bedę skakać z radości i tupać nóżkami, jeśli polubisz lub udostępnisz go na Facebooku 🙂
Facebook
Pinterest
Pinterest

You Might Also Like