Nic co ślubne nie jest mi obce

Pijesz? Nie jedź, nie leć, nie bierz ślubu!

Ryanair się nie spóźnia. 45 minut obsuwy nie robiło mi dużej różnicy, ale jednak dobrze się nie zaczęło.

Już lądowaliśmy, kiedy jakiś pijany facet  zażyczył sobie wizyty w toalecie.
– Proszę natychmiast usiąść na swoim miejscu – groźnie zaczął steward przez mikrofon. – Jeśli nie zastosuje się Pan do procedur, po wylądowaniu zostanie wezwana policja.
Nie chciał się zastosować,  ale w końcu udało się go usadzić na swoim miejscu. Wszystko skończyłoby się happy endem gdyby pijana łajza nie wystawiła stewardowi środkowego palca. Ten niepotrzebnie dał się sprowokować i rzucił się na pasażera. Koniec końców nawet stewarda trzeba było uspokajać.
Sytuacja kompletnie niepotrzebna. Wystarczyło go nie wpuszczać do samolotu. Z takimi zawsze jest problem. Kiedyś jeden taki pijany uparł się, że z  samolotu sobie nie wyjdzie. Rezultat? 4 godziny opóźnienia.

W końcu dotarłam na miejsce. Sala weselna na 40 osób w jednym z hoteli na wrocławskim rynku. Białe kwiaty na stołach, granatowe cienkie wstążki na krzesłach. Skromnie, ale z klasą. Myślę sobie – albo studenci, albo zaraz po studiach, szaleńczo zakochana młoda para, która zorganizowała sobie skromny, ale elegancki ślub w mieście gdzie się poznali. Od razu przypadła mi do gustu obsługa hotelu, a w szczególności kelner, taki młody chłopaczek, który od progu wołał, czy wszystko mamy i czy niczego nam nie brakuje.
Tak mi rób.

– Kurde, Młoda chce, żeby na pierwszy taniec zagrać „Ona jest zajebista” – zwierza mi się Maciej. – Nie wiem czy to żart…
– Serio? – pytam.
– Noo, a z drugiej strony nie chce zabaw, żeby nie było „wiejsko”.
– No wiesz, może ma swoją koncepcję.
– … Albo czuje się taka zajebista.

Młody grubo po 40stce, Młoda zaraz przed. Nie przeszkadzał jej jednak prześwitujący gorset i dekolt do pępka. Zresztą, co mi tam do tego. Ich dzień! Wyglądali na zakochanych w sobie, ale też trochę jakby źle się czuli w tych ‘nowożeńskich” atrybutach. I znowu myślę sobie – pewnie są ze sobą już z 10 lat, a teraz mają zgrywać młodą, zakochaną parę. Albo druga teoria – wcale im nie leży ten ślub, a hajtają się, bo im w tym wieku już „nie wypada” nie mieć żony, męża.

– Ile oni są ze sobą? – pytam fotografa.
– 2,5 roku – mówi.
Czy ja coś wspominałam o studentach?

Pierwszy taniec wyszedł, o dziwo, całkiem sympatycznie. Ale był to ostatni sympatyczny moment tego wesela.
W skrócie wyglądało to tak:

20:00 – fotografowie zabierają Młodych na sesję ślubną na rynku.
20:15 – wraca fotograf i mówi, że nic z tego. Młody zwyzywał na rynku Niemców i groził  ludziom, którzy robili im zdjęcia.
22:00 – pijana świadkowa opuszcza wesele.
23:00 – lesbijka, która obtańcowywała wszystkie kobiety, dostaje z liścia od jednej z nich i również opuszcza wesele.
0:00 – Młoda prosi, żeby nie robić oczepin.
0:30 – Ci co przetrzeźwieli, znów ruszyli na parkiet.
1:00 – oczepiny.
1:30 – goście fajnie się bawią, ale przychodzi ci taka jedna larwa i prosi o Rihannę, bo „ona nie lubi disco-polo”.
2:00 – świadek wyzywa jedną z zaproszonych kobiet. Tu cytat: „gdybyś nie miała cycków i dupy to bym Ci teraz przypierdolił”.
2:30 – koniec imprezy.

Podsumowanie:
Nawet prestiżowe miejsce, idealnie współgrające serwetki do koloru kwiatów, misternie ułożona fryzura i makijaż ślubny na 150 zł nie pomoże jeśli masz gości buraków. Nieraz zdarzyło się, że graliśmy na takich wsiach i po wiejskich salach i zawsze była pełna kultura, chociaż nastawialiśmy się na latające sztachety.

Jedynie kelner próbował jeszcze podnieść nas na duchu. Na pożegnanie dostałyśmy od niego kwiaty i …banana.

Jeszcze jakby mało było wrażeń jak na jeden dzień, Wrocław przypomniał mi dlaczego tak bardzo go nie lubię, szczególnie na trzeźwo o 4:00 nad ranem. Wracając autobusem w stronę lotniska, wsiadło takich dwóch cwaniaczków, co sobie fajki kopcili w autobusie, a jak ich kierowca gonił to nie chcieli wysiąść. Policja w drodze, my stoimy. W końcu wysiedli, ale na pożegnanie poobrzucali autobus butelkami.

Epilog:
Stoję na tych bramkach na lotniku i nagle słyszę jak się strażnik śmieje szyderczo:
– Gaśnicę tu mamy! Zobacz!
Podchodzi drugi strażnik, gapi się w monitor i też się śmieje.
Jak ktoś może przewozić w samolocie gaśnicę? – myślę sobie. Nagle patrzę, a spod taśmy wychodzi…
…moja torba.

Wolę sobie nie wyobrażać co można gasić bananem.

Jeśli podobał Ci się mój tekst, bardzo się cieszę! A bedę skakać z radości i tupać nóżkami, jeśli polubisz lub udostępnisz go na Facebooku 🙂
Facebook
Pinterest
Pinterest

You Might Also Like