Żyć muzyką nie umrzeć z głodu

MaleDiva część 1. – Tylko 2 dni.

Tylko 2 dni

… Poprzedzone 2 tygodniami rozkmin, szarpania się z samą sobą, chwilami euforii, bo przecież da się to jakoś naprawić. Znów.

Najczęściej jednak smutku i bezsilności pomieszanej z obawą o to co dalej.
Bo przecież plan ‘A’ nie zapowiadał pojawienia się innych liter alfabetu.
Bo było tak miło, wygodnie i nawet pomimo mieszkania razem od roku, nadal romantycznie.
Tylko ta bańka komfortu jakoś tak bezwiednie i systematycznie się kurczyła.
Mimo, że z nazwy nadal było ‘komfortową’ to jednak bańką z ograniczoną przestrzenią, w której zaczęły tworzyć się toksyczne związki.

Pojechałam do Warszawy.
Kolejną noc z Fabio spędziliśmy na przemian rozmawiając, płacząc, śmiejąc się, przytulając, a przede wszystkim rozumiejąc, że potrzeba nam czasu.
Osobno.
Do domu miałam wrócić następnego dnia.
Nie wiem, czy to reakcja obronna organizmu na stres, czy prawdziwy pech, ale w tej Warszawie rozchorowałam się tak, że nagle nie byłam w stanie wstać z łóżka.

– Zostań. Nie pojedziesz w takim stanie.

W ten sposób przewegetowałam kolejną noc.

Następnego dnia, kiedy zaczęłam objawiać jakieś oznaki życia, spakowałam walizkę. Plan był taki, żeby wyjechać zanim Fabio wróci z pracy, żeby mu oszczędzić jej oglądanie.
Mój, jak się później okazało, wirus (jednak nie tak nieromantycznie),  miał na mnie inne plany i zaraz po tym jak ja spakowałam sobie walizkę, on wpakował MNIE spowrotem do łóżka. W rezultacie Fabio wrócił z pracy zastając spakowane w walizkę życie i zwłoki w swoim łóżku. Widok iście inspirujący. Tak inspirujący, że facet wyszedł.
(Chciałam, żeby w tym momencie moja opowieść zabrzmiała bardzo dramatycznie, ale w rzeczywistości miał umówione spotkanie, na którym musiał się pojawić).
Moja walizka, zwłoki i ja nadal tkwiłyśmy w mieszkaniu na Mokotowie. Bez żadnych perspektyw na świetlaną przyszłość powoli żegnałam się z marzeniami, życiem towarzyskim, młodością, urodą i Warszawą. Do tego Fabio zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że zaczęłam sobie również zdawać sprawę, że teraz to powinnam rozglądać się już chyba tylko za kotem, a nie za facetem.

Konsekwencje przypadkowego naciśnięcia klawisza ENTER

W tym moim egzystocjalno-patologiczno-beznadziejnym stanie nagle dostałam wiadomość na facebooku od znajomego muzyka:
– Hejka!
– No cześć – odpisuję.
– Chcesz w Sylwestra grzać tyłek w ciepełku? Od 15 grudnia do 10 stycznia.

I już miałam napisać “Oj. Chętnie, ale już śpiewam w Sylwestra”, ale enter wcisnął mi się niechcący i wysłało się tylko:
– Oj. Chętnie.

Zanim dopisałam co chciałam, znajomy już wysłał kolejną wiadomość:
– Bilety i reszta po stronie pracodawcy. Masz wolny termin? Dziś trzeba by było papiery podesłać.
– Sylwestra mam zabukowanego – dokończyłam to co miałam zamiar wcześniej napisać. -…Ale być może dałoby się załatwić zastępstwo.

Odpowiedziałam nad wyrost. Nie wyobrażałam sobie, żeby zostawić ekipę na Sylwestra, zwłaszcza, że umowę z nimi podpisywałam już w czerwcu. Poza tym wcześniej już dostawałam propozycje wyjazdów na ten czas świąteczno-noworoczny, ale konsekwentnie odmawiałam.

– A jeszcze Ci nie pisałem gdzie. Nie jesteś ciekawa do jakich ciepłych krajów?
– Mówisz, że ciepło. To się zgadzam w ciemno – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Z drugiej strony znajdowałam się w takim podłym stanie psycho-fizycznym, że nawet kontrakt w Aleppo jawiłby mi się jako fantastyczna opcja.

– Hehe! Niespodzianka! Na Malediwy. – Robert chyba ekscytował się bardziej niż ja.

Ja nie pałałam entuzjazmem, bo wiem jak to z tymi kontraktami jest – dopóki nie siedzisz w samolocie to nie możesz być pewien, że lecisz na żaden kontrakt. Ile to już razy miałam spakowane walizki, kiedy nagle coś się rypnęło, a ja jednak nigdzie nie poleciałam.
A przecież wszystko było już pewne, zaklepane i zabukowane.
A Malediwy ekscytowały mnie aż nadto. To było moje marzenie od dwóch lat, żeby pojechać tam, nigdzie indziej. Nie chciałam się nastawiać pozytywnie, żeby potem się tak beznadziejnie rozczarować. Nie w tym stanie.

– Ale tak sama?
– Nie. W duecie z wokalistką, która gra też na saksofonie. Tylko to musi być szybka decyzja.
– No ja jestem na tak.

Odkąd się znamy, Fabio nie mógł słuchać o moich kontraktach. Nie podobało mu się, że chcę w ten sposób zarabiać pieniądze, że wyjechałabym na długo, że tworzylibyśmy związek na odległość. W sumie mu się nie dziwię.
Ale na wiadomość o tym, że trafiła mi się taka opcja, szczerze się ucieszył.
– Idealny moment, co? – podsumował.

Ale ja się jeszcze nie cieszyłam nad wyrost. Miałam przed sobą cały proces: od akceptacji przez agenta, hotel po znalezienie za siebie zastępstwa na Sylwestra. Na każdym z tych etapów istniało większe niż duże prawdopodobieństwo rypnięcia się całego przedsięwzięcia.

Kiedy okazało się, że zarówno agent jak i hotel szybko zaakceptował moje demo, cel zaczął się urzeczywistniać. Wegetowanie w łóżku i niemożność ruszenia ręką sprzyja afirmacjom, medytacjom i fantazjom. I wtedy się zaczęło!
Boże! Ile ja się namodliłam, żeby to wypaliło! Przez kolejne 4 dni Parsley Julii Pietruchy leciała u mnie zapętlona, żeby jeszcze bardziej wczuć się w tropikalny klimat, co sprzyja zaklinaniu rzeczywistości (tak, przeczytałam SekretPotęgę Świadomości i inne tego typu lektury. Działa. Polecam.)

Schody zaczęły się przy wyrabianiu wizy.
– Wyślij mi dyplom ukończenia szkoły muzycznej.
– Przecież ja nie mam szkoły muzycznej!
– No to wyślij dyplom ukończenia studiów.
– Wysłałam.
– Ale po angielsku!

I w ten sposób mijały kolejne dni na niepewności, afirmacjach, stresie i muzyce Julii Pietruchy.

W końcu udało mi się też przetransportować zarówno walizkę jak i swoje zwłoki do Miłkowa.
Tam poszłam do lekarza, który mi przepisał witaminki, bo to „przecież wirus i zaraz minie”.
Nie mijał. Znów do lekarza, gdzie okazało się, że mam zmiany na płucach. Heja! W antybiotyk.

Chora, bez chłopa, pracy, pieniędzy, wizy i wokalistki na swoje zastępstwo popadłam w jeszcze większego doła. Nic mnie bardziej nie demotywuje niż fakt, że nie wiem jak będzie wyglądało moje życie w perspektywie nawet kilku dni.
Z drugiej strony tak sobie myślę, że w tamtym czasie miałam pełne prawo czuć się jak gówno.

3 dni do wylotu

Walizka spakowana (skrajny etap zaklinania rzeczywistości), chociaż liczyłam się z tym, że być może przyjdzie mi ją z płaczem rozpakowywać.

Niedzielny obiad spędzam u mojej Wróżki Chrzestnej. Nie mogę jeść i pić. Siedzę jak na szpilkach. Czekam na telefon. Co chwilę go sprawdzam, bo może go nie usłyszałam, albo przecież mógł się nagle wyłączyć!

Jest! DZWONI!

– Cześć Gosia – odzywa się Magda, a ton jej głosu prognozował najgorszy możliwy scenariusz – nie uwierzysz. Nie lecimy w środę…

I w momencie kiedy ja już zaczynałam schodzić na zawał, dokończyła:

– Wylatujemy jutro.


Tym postem otwieram cykl MaleDiva. Czyli o tym jak i po co znalazłam się na Malediwach.
Również trochę gwoli wyjaśnienia, czemu mnie tak mało było ostatnio na blogu.
Ta przerwa dobrze mi zrobiła. Teraz za to mam dużo  do pokazania i napisania. Nie mogę się doczekać!

P.S W związku z ostatnimi zmianami na facebooku, moje posty na Twoim facebooku będą widoczne o wiele rzadziej. Jeśli chcesz być na bieżąco, wejdź na mój fanpage na facebooku i na panelu OBSERWOWANIE, kliknij w opcję WYŚWIETLAJ NAJPIERW.
Chciałabym umieszczać posty codziennie, ale najpierw musiałabym przeprosić się z zarządzaniem sobą w czasie. Dlatego nie martw się, fililogiczny SPAM na fejsie to ostatnie, czego możesz się obawiać.

Polecam,

Gosia Filiczkowska

Jeśli podobał Ci się mój tekst, bardzo się cieszę! A bedę skakać z radości i tupać nóżkami, jeśli polubisz lub udostępnisz go na Facebooku 🙂
Facebook
Pinterest
Pinterest

You Might Also Like