Życie pozadomowe

Vama Veche to stan umysłu. Rumunia part.2

– Bukareszt to jest nic! Zobaczysz jak ci się będzie podobało w Vama Veche! – zapewniała Greta.
Tego naszego podróżowania autostopem nie mogłam się doczekać.
No i nacieszyć też nie, bo pierwsze auto zatrzymało się po dwóch minutach i zawiozło nas prosto do celu naszej podróży.


Zanim będziesz kontynuować, najpierw przeczytaj pierwszą część: Miasto, do którego nie chcę wracać


Po raz kolejny zdałam się na łaskę mojej Grety
… i pojechałyśmy. O tutaj!

mapka Vama Veche

Vama Veche

Wysiadłyśmy zaraz przy brązowej kresce, gdzie ładnie podziękowałyśmy Panu, że nas bezpiecznie przewiózł te 200 kilometrów no i czekałam aż wpadnę w tą opisywaną przez Gretę euforię.

Po lewej budki z kebabem, po prawej budki z kebabem, jarmarczne stragany z pamiątkami, budki z kukurydzą i lodami.
Ludzi od groma, Greta szczerzy się od ucha do ucha, a ja znowu się zastanawiam czy coś jest ze mną nie tak, że we mnie to żadnych zachwytów nie wywołuje.

Idziemy do hostelu, kolejnego wspaniałego miejsca opisywanego przez Gretę.

Duży, kolorowy, drewniany domek, kuchnia na zewnątrz, stoliki na zewnątrz, całe życie na zewnątrz. Wszyscy chodza w strojach kąpielowych. Pod ścianą leży wielki brudny materac, na którym siedzi skacowany chłopak, a obok niego pije piwo dziewczyna (ona w stroju kąpielowym na tym paskudnym materacu). Wszyscy się znają, heheszkują, piją piwo, palą skręty i w ogóle peace & love.
A ja nie mogę uwierzyć, że kolejne 3 dni przyjdzie mi spędzić w miejscu, który bardziej niż hostel, przypomina przytułek dla wykluczonych ze społeczeństwa nastolatków.

Szybko opuszczam to towarzystwo, loguję się do naszego pokoju, przebieram w strój i mam tylko nadzieję, że morze zdoła zmyć pierwsze paskudne wrażenie.

Yhym, w morzu nie zmoczyłam nawet palca, bo wszędzie pływały glony.

Wróciłam z plaży, wykąpałam się pod prysznicem, pod którym bałam się dotykać czegokolwiek (księżniczka: level hard), położyłam się do łóżka i tak zastanawiałam się nad strategią przetrwania kolejnych trzech dni, że zasnęłam.

Obudziłam się, kiedy Greta wjechała z buta do pokoju i zarządziła wyjazd „na miasto”.

Na zebranie się miałam 2 minuty, bo nasza peace & love załoga już czekała do wyjścia.
Jakby mi ta impreza była nie po drodze, to opłaciło się wyjść, bo w piasku na plaży znalazłam 200 lei, czyli 200 złotych. 

O 3:00 w nocy, kiedy reszta bawiła się na techno party w jakimś mega prymitywnym barze, wróciłam do domu, z myślą, że ja już chyba za stara jestem na takie balety.

Najbardziej zaskakujące jest to, że gdy mieszkałyśmy z Gretą w Istambule to własnie ona była przeciwko wszystkim tym obskurnym klubom i dyskotekom, w których przeżywaliśmy imprezy życia, a chodziła tylko do tych ekskluzywnych, gdzie trzeba było się ładnie ubrać, miejsce zarezerwować i szampana w ręku trzymać, a ja z moim erazmusowym budżetem miałam zasadę od takich się daleko trzymać.

Amerykanin w Rumunii,
Vivaldi na imprezie techno
i szczęśliwi ludzie o 7:00 rano

Kolejny dzień nie przyniósł niespodzianek – beaching, smażing, plażing, paskudne kebaby, lody i kukurydza. Problem w tym, że tym razem z mojej wieczornej drzemki, nikt mnie nie obudził, i jak poprzedniego dnia poszłam spać o 3:00, tak tej nocy obudziłam się 3:00.

– To musi być znak! – pomyślałam. Ubrałam się i wyszłam pobawić w obserwatora, przekonać się jak to rumuńskie miasteczko wygląda po 3:00 w nocy.

Otóż wygląda tak jak o 12 w południe, o 20 wieczorem i 12 w nocy. Wszędzie mnóstwo młodych ludzi, czy nawet całych rodzin. 

Gdybym miała tak sobie sama wyjść w środku nocy na plażę w Rimini Barcelonie, zaraz by mnie ktoś zaczepiał. Tutaj nikt mnie nie zagadywał, nikt na mnie nie patrzył.
Z jednej strony dobrze, bo ja tam znowu żadnych przyjaźni nie szukałam, ale z drugiej strony, takich się można kompleksów nabawić, że głowa mała.

Usiadłam sobie z boczku, patrzyłam jak się ludzie bawią i czytałam sobie mojego Osho. Nagle zagaduje mnie jakiś chłopak, Amerykanin (no raczej nie Rumun. O otwartości Rumunów przeczytasz w linku, który wkleiłam na początku). Pomimo moich zapewnień, że mam chłopaka i nic u mniej nie ugra, usiadł koło mnie i zaczęliśmy rozmawiać.
Okazało się, że jest cyfrowym Nomadem (tzn. pracuje zdalnie z różnych zakątków na ziemi). W Rumunii mieszkał najdłużej spośród wszystkich państw Europy, do których podróżował.
– Serio?! No i niby co Ci się tutaj podoba? – nie mogę uwierzyć, że akurat Rumunia mu najbardziej podpasowała.
– Jest tanio. – odpowiedział
– I co jeszcze? – bo argument, że tanio mi jednak nie wystarcza.
– Rumuni mówią po angielsku.
– Super, coś jeszcze?
– Rumunii lubią Amerykanów.
– “Amerykanin lubi Rumunię, bo Rumunii lubią Amerykanów”. Nie, raczej mnie nie przekonałeś. – trochę go wykpiłam.
– Ale dziewczyny i tak są ładniejsze w Polsce – chciał się podlizać. Pomimo swoich zapewnień, że on nie ma wobec mnie żadnych zamiarów, w tym miejscu włączyła mu się bajera. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i na szczęście zmył się chwilę później, kiedy dałam mu do zrozumienia, że traci czas, bo u mnie raczej nic nie ugra.

Była już 6:00 rano. Szkoda mi było zwinąć się do domu przed wschodem słońca. Zmarzłam na kość, ale postanowiłam, że zaczekam i była to najlepsza decyzja. 

Kiedy zaczęło wschodzić słońce, techno rypanka w tle zamieniła się w “4 pory roku” Vivaldiego. Wszyscy z imprezy przenieśli się nad sam brzeg morza. Pojawiły się całe rodziny z dziećmi. Niesamowity klimat i energia.
A mnie po raz pierwszy w życiu przyszło zobaczyć tak wielu szczęśliwych ludzi, rano o godzinie 7:00, w małej, rumuńskiej wsi.

Mam Ci tak wiele nie do opowiedzenia

– Greta, dlaczego siedzisz w tej Rumunii? – pytam ją następnego dnia, wciąż nie mogąc pojąć, że moja przyjaciółka, z którą widzimy świat w podobny sposób, która jest bardzo dobrze wykształcona, mówi w 4 językach i mieszkała w tak wielu krajach w Europie, wróciła do Rumunii. – przecież tak zawsze narzekałaś na ten kraj i ludzi tutaj.
– Gosia, ja mówię w ich języku – spokojnie mi odpowiada. – Czuję się na równi z innymi, a nie jak turystka, którą trzeba głaskać po głowie i oprowadzać po mieście za rękę. Tutaj czuję, że mogę bronić siebie, swoich racji, mogę być niezależna. Uwielbiam moją pracę, mieszkanie, podoba mi się to miasto.

No i na tym się skończyła moja próba przekonwertowania Grety.
A ostatni dzień (a właściwie noc) sprawił, że sama o mało się nie przekonwertowałam.

Poznałyśmy mega fajnych ludzi (nie, tym razem też nie Rumunów), piliśmy wszystkie rodzaje alkoholu, jakie mieliśmy i tańczyliśmy na plaży przy wschodzącym słońcu.
Jedna z najbardziej szalonych nocy w moim życiu, taka z cyklu:

Żyj tak, żeby miło wspominać, a wstyd opowiadać.

Właśnie dlatego tak uwielbiam Gretę, najlepiej czuję się i bawię w jej towarzystwie. To właśnie przy niej wychodzę ze swojej strefy komfortu, ona pokazuje mi nowe rzeczy, nie ocenia i toleruje, z nią mogę się pokłócić na maksa i wiem, że w żaden sposób nie wpłynie to na naszą przyjaźń, bo mimo, że mieszkamy setki kilometrów od siebie, jest ona po prostu silniejsza.

Do domu wróciłyśmy o 7:00 rano, a już o 9:00 Greta budziła mnie, bo przecież musiałyśmy łapać stopa i jeszcze tego samego dnia zdążyć na samolot.
Natomiast mój kac miał inne plany.
Podczas gdy Greta próbowała nas pozbierać i spakować, ja wracałam do życia na tej samej kanapie, która wzbudziła we mnie taką odrazę w pierwszej chwili kiedy przestąpiłam prób hostelu. I prawdopodobnie wyglądałam tak biednie jak Ci wszyscy ludzie, z których drwiłam przez te wszystkie dni. I pewnie gdyby ktoś nowy wszedł właśnie do tego hostelu i zobaczył mnie w takim stanie, również zastanawiałby się nad strategią przetrwania kolejnych kilku dni w tym “przytułku dla wykluczonych ze społeczeństwa nastolatków”.

Krótkie podsumowanie

Uwaga! Rzucam banałem:

Podróże kształcą.

Ale serio. W życiu bym się nie spodziewała, że to właśnie podróż do Rumunii nauczy mnie tyle.
Przede wszystkim o mnie samej. Że mi tak w głowie poukłada. Wręcz nie mogę się doczekać aż będę mogła tu o tym opowiedzieć.

Jeszcze z takich ciekawostek:

  • W Vama Veche widziałam najwięcej otyłych ludzi w moim życiu.
  • Jest to kraj, w którym nie usłyszysz “De-spa-cito”

Chociaż ogólnie wrażenie na temat Rumunii pozostaje we mnie negatywne, Vama Veche to jednak pozytywny stan umysłu, który prędzej czy później i tak Cię dopadnie. 

I bez zastanowienia mogłabym mu się poddać kolejny raz. 

Jeśli podobał Ci się mój tekst, bardzo się cieszę! A bedę skakać z radości i tupać nóżkami, jeśli polubisz lub udostępnisz go na Facebooku 🙂
Facebook
Pinterest
Pinterest

You Might Also Like